Możecie odejść daleko. Spaleni. Za wszystkie morza i góry i lasy. Schowani. Za pustynie bez końca, galaktyki i wszechświaty. W trwodze. Pewnie, nawet nie spotkamy się w zaświatach. Mam na to szczerze wyjebane! Będziecie źli i podli, będziecie zabijać i kochać, będziecie się rodzić i umierać…
I będą lepsi, ode mnie i gorsi – nie, nie liczcie na równość Światów! To mrzonka – kiedy każde ziarenko piasku i każda kropla, ze słonych mórz, jest inna. Nie liczcie na raje w innych życiach – zjedzą nas robale – bez odrobiny przypraw. Fe! Do czasu zatem, kiedy mi dane, cieszyć się mlekiem życia – będę jadł i pił, będę się weselił… Do każdego będę mówił „cześć” – od tak – może ktoś odpowie? Będę kochał i pożądał! Będę łkał po nocach do księżyca i śnił o wieczności! Będę czuł śmierci chłodny ziąb i życia wypalające promienie.
W świecie bez celu i bez sensu, bez powodu, bez litości, bez prawd, bez bzów krwistych, bez słów oczywistych, bez melodii szczerych – cóż innego można robić?
Nie zapomnij ciepłych rękawiczek! Ludzie, bywają zimniejsi niż arktyczne mrozy. Nie zapomnij szalika, ciepłych butów i puchowej kurtki. Społeczności potrafią być bardziej mroźne, niż lodowe księżyce Jowisza. A mimo to, musimy iść w tą ciemną masę – bez nadziei sukcesu.
Ale może, może tam gdzieś jest kropelka dobroci, iskra ciepła? Choć to niepewne. Nie ma sensu wiara, że sukces przyjdzie łatwo. Ale warto iść dla tej fatamorgany, że czeka nas jeszcze jakikolwiek żar. Niektórym się przecież uda, zapłonąć pośród ciemności i ciszy. Choć zwęglą się szybko, w rozkoszy, zwinięci w koci kłębek…
W słowach zaklęty sens, wypala nas powoli, hartuje nas powoli. Gdzieś daleko, ktoś bardzo bliski, ktoś bardzo bliski… Zostałem na chwilę słomianym wdowcem. Samotność uczy miłości, samotność uczy tęsknoty, samotność uczy odpowiedzialności. Samotność, pokazuje jak złudna jest relacja z drugim człowiekiem, jak stajemy się bezbronni i jak bardzo jesteśmy słabi. A przecież to złudzenie, ta bezbronność i słabość – to najpiękniejsza z bajek, jakich pragniemy…
Tej wiosny w zimie, zieleni się trawa i pada śnieg. Mikołaj przebrał się za partyzanta, a w brodę wplótł suche liście. Tej zimy wiosną, chodzimy bez czapki, a gołębie nie zdychają masowo, na ulicach od mrozu. I psie łajna jak miny, nie straszą na białej pustyni, a ich mocz nie złoci, złotem głupców narożników i drzew.
Muzyka z głośników, mojego umierającego ze starości komputera, snuje opowieść witalności, ja czytam zaś własne starocie. Lektura sprawia, że zaczynam czuć w duchu – pierwszą siwiznę. Kończy się moja giętkość i słowotwórcza moc – kostnieję i gubię oczytanie. Wszystko wyprzedza mnie, już o miliony lat kosmicznych. Zostaję tu w popiołach – zapalam wirtualnego papierosa i zaciągam się cyfrowym dymem. Delikatna łza kręci się w oku i niepostrzeżenie odpływa w niepamięć oceanu, w którym przyjdzie mi utonąć. Zostaję tu jeszcze chwilę, nucąc stare żydowskie piosenki:
Ona jest jednak sprawiedliwa. Choć to głupia sprawiedliwość – przyznajmy szczerze. Zabiera po równo, tych co są bohaterami z przeciwnych stron muru. Tych, co są ikonami krwawych zbrodni i bezkrwawych wyzwoleń. Wielkich myślicieli i tchórzliwych tyranów – i bez różnicy zasług i krwi niewinnych na rękach… Czeka na swój czas, na swoje żniwo – aby delikatnie obciąć głowy równym. Jakiż to banał – wszyscy jesteśmy wobec niej równi. Jedni, będą teraz pić piwo z poczciwym uśmiechem wspomnień – a drudzy, z przerażeniem w oczach, będą wystawiali płacze i lamenty, w obawie czy karabiny wymierzone w ich głowy – nie wypalą…
Jakie ma znaczenie, to wszystko dookoła nas? Jakie mamy my znaczenie? Przychodzimy tu tak samo głupi i równie głupi odchodzimy. Słuchamy tak samo rzewnych piosenek. Kochamy równie mocno jak inni. Robimy takie same błędy jak wszyscy. Cierpimy po równo, choć nie zawsze sprawiedliwie. I mimo wiar w różnych bogów i normy – równie chętnie mordujemy się wzajemnie – nawet, a zwłaszcza wtedy, gdy deklarujemy wszelkie filozofie miłości… Choć, w sumie, jakie to ma znaczenie...???
20 lat temu umarł Freddie Mercury – jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy głos XX wieku muzyki pop-rock i w ogóle. Niewielu ludzi rodzi się z taką skalą głosu, niewielu z taką skalą wykorzystuje ją w taki sposób, niewielu przez blisko 20 lat okupuje pierwsze miejsca list przebojów i żyje pełnią, a nawet nadwyżką swego życia. Niewielu wreszcie wydaje blisko 90% swojego majątku przed śmiercią na iście królewskie życie, gdzie koks roznoszą karły a drinki striptizerzy. Ale Freddie miał też inną twarz, kilka różnych twarzy – nie oceniajmy go tylko po tym, że po koncertach lubił rozbierać swoich ochroniarzy do rosołu, i oglądać filmy z lat 20-tych, nie oceniajmy go tylko po mniej lub bardziej legendarnych seksualnych orgiach które urządzał – folgował ciału i potrzebom cielesnym – miał do tego prawo, nie miejmy kompleksów.
Ja zetknąłem się z jego życiem i twórczością ponad dekadę temu – z początku ze swoistą rezerwą, a potem z całkowitym oddaniem. Przeszło mi, jak przechodzi wszystko… Może to nie była muzyka wybitna, wielkich lotów – za to była doskonałym produktem z jasno określonym odbiorcą… Wydałbym dziś niesamowitą kasę, aby zobaczyć Queen z Mercurym jako wokalistą, nawet jeśli byłby pod-EltonDżonowiały (gruby i podstarzały jak E.J.), co z tego… Tylko, hm, zawsze mnie męczy to pytanie – tylko czy Freddie by jeszcze chciał? Czy by chciał mieć 65 lat, czy by chciał dalej ciągnąć Queen nie mogąc z racji wieku szaleć po scenie? A może, może by stał się zasuszonym i dziarskim dziadkiem, z grubym siwym wąsem, snującym te swoje hymny lat 80-tych, być może powstałyby nowe hymny dla lat 90-tych i obecnych, a może muzycznie już dawno by się skończyły pomysły na popowe slogany? Chociaż w obecnym zalewie tandety muzyki pop – Queen mógłby być wciąż perłą bez specjalnych wysiłków. Bo na przykład przepiękna piosenka Small z albumu Queen+Rodgers, gdyby wyciągnął ją Mercury to byłby numer 1.
Freddie nie żyje, chociaż będzie żył zawsze jako ikona. Nie odszedł przedwcześnie jak pseudogwiazdki z klubu 27 – zasłużył na legendę – choć zapłacił za nią życiem – ale chyba tego chciał. I może dzięki temu nie zawiódł, żądających największych poświęceń, fanów.
Wszystko, co dobre szybko się kończy. Klepsydra, niepostrzeżenie kradnie ziarenka piasku. Gdzieś we wszechświecie planet i gwiazd, nasz czas nawet nie istnieje. Tymczasem my, szukamy drogi do wiecznej młodości. Szukamy szans w czasie teraźniejszym i otuchy w mrokach przeszłości. To na nic. Nie zatrzymamy zbyt długo – piękna i witalności…