Moskwa
Tutaj nie było świata. Stwarzali
go ludzie, walcząc o byt, bez jakiejkolwiek
przenośni. Moskwa -
lamp naftowych, wody ze studni, kos do
żniw i motyk do ziemniaków. Zasypiała
o zmroku, mówiło się z kurami, a budziły ją
pierwsze oddechy słońca. Cztery
domy, w każdym - babcie i dziadkowie, ojcowie
i matki, dużo dzieci. Jedne,
pierwszymi krokami badały grunt ziemi, inne,
w oszołomieniu, odkrywały potęgę
płci. Moskwa
twoich czternastu lat i ojca,
ptaka nie z tej planety. Wieczorami rozpościerał
skrzydła, by wioska też śpiewała, a choćby o
żołnierzu, za którego nikt nie napisał do jego
dziewczyny. Moskwa dzieci
i życia biegnącego z nimi po polach, schowanego
w stodołach, skaczącego
gumową piłką po łąkach. Nagle zakręcił się
świat, zaschło w gardle, zabrakło mowy. Ta
miłość i
ta Moskwa, choć uciekałeś, poszły
za tobą.
Wierne, błękitne niezapominajki, bo każdy ma swoją
Moskwę, nie do wymazania gumką
nie do usunięcia z twardego dysku. Moskwa,
która zabrała nam ojca, a później sama z wolna
zamierała. Więc
stoisz na martwej ziemi, wśród traw i chmur, nie
do rozpoznania. Nasze światy nie czekają,
odchodzą wcześniej. Poruszamy się odtąd
obcymi drogami. One nie wiodą
do Rzymu. Powoli,
pogodzeni lub nie, mijamy kolejne stacje
osamotnienia.
Andrzej Babaryko (1952-2006) - Linia Horyzontu (2004)